Przerwa techniczna.

Witajcie!

Wobec nadchodzących ciepłych, a nawet gorących dni wiosny i lata, postanowiłem dać Wam od siebie odpocząć. Moje pisanie zawiera się tutaj w 710 odsłonach, więc nie zostawiam Was z koniecznością czytania tego samego w kółko (przynajmniej mam taką nadzieję).

Skoro jest (być może) co czytać na moim blogu, nie czuję że Was zawodzę w oczekiwaniu na ciągle nowe i nowe utwory. Wystarczy sięgnąć nieco dalej w głąb mojego bloga niż do ostatnich wpisów, aby znaleźć być może coś, czego się nie przeczytało albo już zapomniało. To też ma walor nowości.

W trakcie przerwy technicznej pewnie coś napiszę, czego nie obiecuję, ale tego tutaj nie znajdziecie aż do czasu…

Są momenty, kiedy człowiek musi i sobie dać odpocząć nawet od tego, co lubi robić, aby nie wpaść w rutynę, czego oznaki już nawet tutaj na blogu odczuwam.

Kiedy wrócę? A któż to wie! Jak będzie czas.

Na razie staję się jeszcze głębiej sięgającym w życie jego obserwatorem, aby potem spróbować je opisywać swoimi słowami.  W tym życiu za wszystko płacimy czasem, swoim czasem, nawet jeśli się nam wydaje coś innego.  Mam nadzieję, że czas przerwy będzie dobrą inwestycją w mój rozwój duchowy i osobisty. Medytacje, czytanie, słuchanie, po prostu przeżywanie powinno dać mi nowe wartości, o których będzie można napisać znowu coś tak od siebie.

Przyda się i Wam ten okres rozstania z moimi utworami. Przewartościujecie w sobie ich znaczenie dla Was i albo będziecie wracać do nich, albo je zapomnicie na zawsze. Wybór – co oczywiste –  nie do mnie należy.

Was, moich Przyjaciół ale także i wrogów, przytulam do serca i … DO ZOBACZENIA!

Irek

Reklamy

Wiersz – „Uciekając przed świtem” (autorski)#

Uciekając przed świtem.

 

Przygarnij serce moje

Do serca swego przytul.

Lęk żyje, ja się boję…

Tak blisko jest do świtu…

 

Dotykaj moich dłoni

I całuj po nich jeszcze.

Nim dzień gwiazdy zasłoni

Wypełnij pieszczot deszczem.

 

Zagarnij mnie dla siebie

I nie wypuszczaj z ramion.

Brzask widać już na niebie

A mnie ciebie tak mało…

 

Już słońce zapaliło

Na szybach swe płomienie,

Lecz nie odeszła Miłość

I w niej nasze pragnienie…

Wiersz – „Strumień namiętności” (autorski)

Strumień namiętności

 

Przytulona całą miłością

Za zamkniętymi drzwiami

Całowanych powiek

Otwierasz przede mną

Wewnętrzny świat kobiety

Gdzie delikatne barwy namiętności

Nabierają wyrazistości

Kiedy twoje dłonie błądzą

Po miejscach nieodległych

Od śladów twoich ust

Na moim nagim ciele

Moje i twoje ręce splatają się

Jak liny żagli podczas sztormu

Mocno i delikatnie zarazem

Aby nie sprawić bólu

Kiedy płyniemy oboje

Do portu wzajemnego zapomnienia w sobie

Które nadchodzi do nas

Zza horyzontu zdarzeń

Jesteś wypełniona moim gorącem

Któremu teraz poddana oddajesz go

W zalewających nas falach rozkoszy

Łamiąc falochrony moich obaw

Złych wspomnień

I niedokończonych marzeń o tobie

Jesteś snem który

Nareszcie wyśniłem do końca

Realna dotykiem

Nierealna zapomnianą już myślą

O porzuceniu nadziei

Na twoją czułość i wzajemność

Stałaś się tej nocy

Jasną plama światła

Na pościeli z gwiazd

Gdzie oczy nawykłe do ciemności

Smutku tęsknoty

Od teraz pochłaniają widok

Bieli nagich ramion

Piękna twoich ud

I dłoni nie zakrywających już niczego

Na mapie gdzie jeszcze

Przed chwilą trwała bitwa

Moich ust z twoimi palcami

Aż po kres sił

Kiedy w oczekiwaniu

Na nowy przypływ szczęścia

Spoglądasz w okno

Otwartego okna czasu

Nad naszymi głowami

I odwracasz się w stronę

Wschodzącego teraz ponad domem

Gwiazdozbioru Koziorożca

Aby odetchnąć głęboko

Wezbranymi miłością piersiami

I w chwilę potem

Znowu znaleźć się

W moich ramionach

Aż po sam świt.

Wiersz – „Próba Miłości” (autorski)

Próba Miłości

 

Mówisz, że kochać

To znaczy stać się jednością

W miłości z człowiekiem.

Mówisz, że kochać

To być zawsze razem

Bez względu na burze w życiu.

Wierzysz w to,

Że im bardziej jesteś zanurzony

W miłości

Tym bardziej kochasz.

Chcesz mieć zawsze pewność,

Że Ona będzie was spajać

Mocniej niż wszystko inne,

Co łączy, a nie dzieli.

Pragniesz miłością

Wypełnić każde zwątpienie.

Chcesz mieć Jej pewność.

Chcesz mieć Jej wieczność.

Chcesz mieć Jej nieskończoność.

Chcesz tego,

A jednak zabijasz Ją w sobie co dzień.

Jest coś, czego wobec Niej

Nie wolno robić,

Nie wolno nawet pomyśleć:

Nie próbuje się Jej,

Nie sprawdza,

Nie kupuje,

Nie sprzedaje,

Nie wymienia na cokolwiek innego.

Miłość bowiem

To delikatność i zwiewność

Dotknięcia uśmiechem Anioła.

Uśmiech gaśnie na obliczu,

Kiedy słychać:

„Czy aby na pewno…?”

Kiedy pytasz,

Jak jest z miłością,

Czym jest,

Kiedy przychodzi,

Zawsze

Zadajesz niewłaściwe pytania

W nieodpowiedni czas.

Jesteś człowiekiem,

Tylko i aż człowiekiem.

Nie jesteś wykutą z kamienia

Figurką pozbawioną serca.

Masz przecież

Wątpliwości

Nawet gdy zasypiasz

Obok miłości swojego życia.

Obawy,

Zazdrość,

Lęki

Nie udowodnią ci,

Że kochasz

I jesteś kochany.

Przychodzi jednak chwila,

Kiedy wiesz już wszystko.

Poznasz wtedy, że Ona była prawdziwa,

Kiedy pozwolisz odejść bez powrotu

Tym, których kochasz.

Jeśli pożegnasz ich

Z uśmiechem na twarzy

Wołając – do widzenia!

Kiedy nie płaczesz w smutku,

Kiedy nie tęsknisz, nie rozpaczasz,

Wtedy wiesz,

Że nigdy nie opuściłeś

Bezpiecznych ramion Miłości,

Którymi otoczyła cię

Na początku twojego istnienia

I chce, abyś nigdy ich

Nie opuszczał.

Ona nie zapomina o tym,

Że Jej zaufałeś bez próby.

Miłość wynagrodzi wierność.

Zawsze

Wrócisz wtedy do tych,

Którzy nigdy

Nie przestali cię kochać…

Wiersz – „Czas przemiany” (autorski)

Czas przemiany.

 

Kiedyś wysoko zadzierałem głowę,

Aby dojrzeć siłę,

Która da mi szczęście,

Która będzie nadzieją i spełnieniem marzeń.

Ujrzałem gwiazdy,

Tylko gwiazdy

I nic więcej…

Pustka przestrzeni odbiła echem

Mój krzyk rozpaczy i zdumienie w oczach,

Jak bardzo boleśnie może zabijać

Taka samotność codzienności.

Życie wyciekało ze mnie powoli

Jak z dziurawego bukłaka

Nierozważnego podróżnika po Pustyni Wieczności.

Pierwsze źródło czarnej rozpaczy

Przebiło się swoim strumieniem ku powierzchni zdarzeń…

Moje łzy za utraconym uczuciem i czasem

Spływały po mnie ku ziemi.

Kropla za kroplą

Zbierając się u stóp,

A każda z tych płynnych pereł

Odbarwiała moje okrycie

Zrobione z okruchów szczęścia w przeszłości.

Ono chroniło przed przemijaniem,

Lecz teraz bezbarwne odsłaniało człowieka

Na każdy cios złośliwego Losu.

Każde uderzenie niszczyło dobro.

Każde uderzenie bolało bardziej od poprzedniego.

Cierpienie w końcu zmaterializowało się pod powiekami…

Drugie źródło wytrysnęło obok pierwszego…

I wtedy źródła połączyły się.

Najpierw stworzyły strumyk,

A ten zamienił się w potok,

Aby stać się rwącą rzeką.

Rozpoznałem smak tych wód.

Już kiedyś nie raz miałem go w ustach…

To Miłość

Wystąpiła z brzegów.

Zalewała mi serce

Jak powódź.

To Ona była teraz moim katem,

A ja byłem ofiarą na jej ołtarzu.

Rozpoczęła się ostateczna destrukcja mojego Ja…

Wiatr zerwał ze mnie

Resztki osłony przed lękiem istnienia.

Stałem nagi i bezbronny

Pod milczącym niebem.

Istniałem tylko jako garść materii

Zlepionej w kształt człowieka

Przez okrutny żart

Wielkiego Przypadku.

Nie byłem więc naprawdę nikim materialnym,

Bo stałem się swoim cieniem,

Ale byłem zarazem

Najbardziej okaleczoną formą

Istnienia ucieleśnionej w materii duszy.

Fala za falą smutku

Odbijały się od dna mojej tęsknoty

Wyrywając z niej

Za każdym razem

Garść wspomnień

I porywały je ze sobą

Pozostawiając mi w pamięci

Tylko widok ich gasnącego światła.

Jednak coś się zmieniało

W tej niszczycielskiej sile,

Jaką niosła ze sobą

Twórczyni życia.

Śmierć stawała się narodzinami.

Coś przeistaczało się we mnie,

Aby być czymś innym…

Czas oczyszczenia minął.

Zaczął się dzień przemiany…

Moje ciało

Wyschnięte od palących promieni

Słońca beznadziei

Powoli odzyskiwało swój kształt

Nasycane Jej płynącymi wodami,

A na brzegu moich marzeń

Zasilane przez wylewającą się Miłość

Zaczęły pokazywać się

Wielobarwne kwiaty wiosny uczuć.

Trawy i krzewy namiętności

Odrastały, odcięte przed latami

Mrozami obojętności.

Drzewa spokoju

Zaczęły ożywać i otwierały moje oczy

Na piękno wokół.

Pierwsze błyski burzy uczuć

Rozświetliły niebo.

Grom oznajmił w końcu narodziny

Nowego człowieka we mnie.

Miałem teraz pewność,

Że nastało odrodzenie serc.

Ustał deszcz łez,

A Miłość nimi już nie zasilana,

Czerpała moc z mojej przemiany

I dalej płynęła odtąd spokojnie

Kierując krystalicznie czystą energię

Do miejsca, gdzie na horyzoncie

Oczekiwało na Nią

Pełne od zawsze

Wody Życia –

Morze Spełnienia…

Feniks utonął w Miłości,

Feniks odrodził się w Jej ogniu.

Krąg życia się zamknął.

Wieczność odetchnęła z ulgą…

Nie wiadomo tylko, dlaczego…

Przecież Miłość i Wieczność

Od zawsze były siostrami…

Krótka forma – „Gdy marzenia wzruszą Anioła” (autorski)

Gdy marzenia wzruszą Anioła.

W ciemną noc,gdy bezsenność boli, a samotność jest piekłem gorętszym od prawdziwego, leżała sama w łóżku. Biel wyprasowanej pościeli była jak wyrzut sumienia, że jest taka doskonale zimna,a przecież pomięta mogła się stać pamięcią wcześniejszej rozkoszy, której nie zaznała…

Wpatrzona w prostokąt okna nie widziała gwiazd, a tylko światła miasta rozświetlały krajobraz.

Czekała na tego jedynego, który wejdzie do jej sypialni którejś nocy, odsłoni jej ciało, pochyli się nad nim, a potem jego usta i dłonie rozpoczną taniec miłości na jej nagiej skórze…

Wtedy ona podda się temu, co rozgrzeje ją całą i porazi mózg błyskiem światła w tej jedynej chwili najściślejszej wspólnoty dusz i ciał.

Marzyła o tym… Tęskniła do tego… Pragnęła być jego…Tylko tyle…

Żadna noc nie przyniosła jednak niczego, co zamieni samotność w poranne pocałunki, w objęcie przy lustrze, w dotyk ust na szyi, w rozkochane spojrzenie, w codzienność zanurzoną w miłości…

Wciąż marzyła…

Na jawie, we śnie…

Aż kiedyś pewien Anioł ulitował się nad jej cierpieniem.

Przyszedł w środku nocy, usiadł przed nią, uśmiechnął się i powiedział:

– Jutro jest ten dzień, który zmieni wszystko. Trzeba tylko odrzucić od siebie kołdrę strachu, która okrywa twoje serce, podnieść głowę z poduszki codzienności, wstać z łóżka usprawiedliwiającego w twoim mniemaniu cierpienie w samotności, zdjąć z siebie egoizm, zwątpienie, obawy. Okrywając się obojętnością, strojąc w niedostępność Miłości do siebie, pokazując że samotność jest najlepszą przyjaciółką, stajesz się niewidzialną dla swojego szczęścia. Nikt, kto jest samotny jak ty, nie szuka kogoś, kto nie czeka na miłość. Tylko marzysz, a gdy miłość puka do drzwi, uciekasz od niej udając, że cię nie ma w domu… Dorośnij do niej, dorośnij do swoich marzeń, bo inaczej one odejdą kiedy starość stanie się rzeczywistością.

Weź i wstań w sobie i idź w stronę swoich marzeń. Podejdź do niego ubrana tylko w swoje nagie myśli, od których będzie miał oczy pełne zdumienia.

Niech zobaczy twoje piękno, niech pozna czystość twoich marzeń i pragnień.

Miłość wzbudzi dobro.

Dobro wesprze miłość.

Nie wyrzucaj marzeń na śmietnik historii, bo się nie spełniają…

Tam poza czasem i przestrzenią, zmieniono bieg zdarzeń tutaj, abyś była szczęśliwa. Nie zmarnuj tej szansy. Drugiej nie będzie.

Jutro jest ten magiczny dzień,

Pamiętaj – tylko twoje marzenia mogą sprawić, że brama do szczęścia się otworzy. Klucz nosisz w sercu. Dlatego kiedy ujrzysz tego, o którym marzysz, przytul się do niego, a serce otworzy serce.

Marzenia stworzyły wszechświaty. Marzenia stworzyły Miłość. Twoje marzenia tworzą ciebie. Ty je stworzyłaś, więc bądź ich też godna, daj im życie.