Wiersz – „Zdrada ust” (autorski)

Zdrada ust.

 

Wzrokiem pytałaś mnie,

Czy się odważę

Na spotkanie ciał i dusz.

Tylko patrzyłaś,

A usta mówiły jakieś banalne kwestie.

Nie słuchałem ich.

Spoglądałem tylko w oczy.

Tam czaiła się Prawda o Tobie.

Patrzyłaś długo i przepalałaś

Resztki mojego oporu,

Którym byłem skrępowany przez samotność.

Poczułem się tak,

Jakbym miał opuścić na zawsze Ziemię

Lecąc ku gwiazdom.

Twoje oczy były jak nieskończoność,

Jeszcze chwila, a już nikt nigdy

Nie zdołałby mnie z niej wydostać.

Objąłem więc Ciebie

I nasze ciała zadrgały

Jak kamertony.

Dopasowały się wzajemnie i zaczęły wibrować

Tym samym rytmem.

Dotknąłem oddechem Twoich powiek,

A one wolno przesłoniły oczy.

Opadały jak liście jesienią,

Chociaż wokoło świeciło słońce.

Moje usta przypieczętowały ich bezwład.

Rzęsy delikatnie łaskotały

Czerwień warg,

Gorących od myśli nieugaszonych żadnym

Niepotrzebnym słowem.

Moje pragnienie Ciebie

Powstrzymywane było z trudem

Przez powolny ruch palców

Po Twojej twarzy.

Przesuwałem nimi jak ślepiec

Pragnący dostrzec każdy

Najdrobniejszy szczegół,

Aby móc potem odtworzyć go

W marzeniach.

Zawieszeni w pustce przestrzeni

Nie odczuwaliśmy niczego,

Poza drżeniem jakie narastało w nas

I powoli pozbawiało niepotrzebnych ubrań…

Usta nie dotrzymywały słowa ustom,

Ze tylko z nimi się spotkają…

Gorąco uderzało w nas falami jak ocean lawy.

Topiło resztki rozsądku,

Który łańcuchem opasując nasze biodra

Oddalał je od siebie

Już tylko

Na szerokość dłoni…

Byliśmy coraz bliżej siebie,

Aż po totalny dotyk,

Aż po rytm falujący ciałami,

Aż po krzyk rozkoszy

I chwilę bezruchu po nim…

Stało się cicho…

Gorąco odpływało powoli z ust…

To one były winne temu,

Co się stało…

To one zdradziły nas,

Nie dotrzymały słowa,

Że będą nas łączyły tylko uśmiechami

I słowami obojętnymi dla pożądania.

Otwarte oczy zderzyły się promieniami szczęścia

I podziękowały ustom,

Że były mądrzejsze od nas samych pokazując,

Jak można niczym wino

Rozprowadzić Miłość w ciałach tak,

Że pijani Nią

Porzucimy nasze obawy i strach,

Aż po zapomnienie się

W rozkoszy.

Wiersz – „Jego uśmiech” (autorski)

To już ponad 2 lata jestem tutaj. Ten post to-  jak pokazuje licznik – 661 moje pisanie na tym blogu. Chyba sporo?

Aby nie przynudzać, przechodzę do rzeczy: poniżej prezentuje wiersz (?) o tematyce transcendentno – filozoficznej, czyli z gatunku nieco trudniejszych. Może się spodoba? Zobaczymy…

Pozdrawiam Was!

Jego uśmiech.

 

Wiedziałem, że czeka na mnie każdej nocy i każdego dnia,

Abym opowiadał, jak wiele Miłości dziś było

We mnie i wokół mnie.

Czułem to, jak bardzo chce mojego szczęścia.

Byłem przecież Jego dzieckiem.

Nikt nigdy tego nie zmieni,

Że będę nim zawsze.

Pozwolił mi zobaczyć,

Jak to jest żyć tutaj.

Ciekawość zaprowadziła mnie

Na miejsce piękne i straszne zarazem,

W strefę światła i mroku,

Gdzie trzeba uważnie patrzeć,

Aby zobaczyć Piękno.

On pomógł mi je dostrzec.

Podbiegłem do Niego pokazując kwiat,

Powiedziałem, że jest piękny…

Pokazałem sikorkę, potem psa

I widział, jak śmiały się moje oczy…

Zobaczyłem niebo nocą,

Pełne gwiazd i melodii Wszechświata.

Pokazałem Jemu to palcem,

A On się wciąż uśmiechał…

Śpiewałem i tańczyłem przy ognisku,

A cienie tańczyły wraz ze mną.

I byłem szczęśliwy,

A On cieszył się także…

Płakałem, kiedy coś bolało

Tam na zewnątrz mnie,

A najbardziej, kiedy bolało w środku.

On cierpliwie szeptał, że wytrzymam,

Że mam siłę, że mnie kocha,

Ale to konieczne, abym poznał

Ból, płacz, cierpienie…

Dlaczego?

Czy mnie naprawdę kochasz?

A On się uśmiechał…

Ból mijał i znowu mogłem się cieszyć.

Nie zapominałem jednak, że cierpiałem.

On pozwolił mi zrozumieć,

Że teraz mogę odróżnić Miłość

Od Nie – Miłości.

Podbiegałem do Niego jeszcze wiele razy,

Przynosząc ze sobą radosny śmiech

I zachwyt nad Jego dziełami.

A On się tylko uśmiechał…

Czułem to, że jest szczęśliwy jak ja.

Wiedziałem, że jest bardzo, bardzo samotny

W swojej nieskończoności.

Dlatego jestem z Nim.

Aż po Wieczność.

Wiersz – „Hymn do Miłości” (autorski)

Hymn do Miłości

 

Otaczasz mnie,

Lecz nie zniewalasz.

Panujesz nade mną,

Ale nie obezwładniasz.

Dajesz rozkosz,

Nie zdejmując cierpienia

Z tęskniącego serca.

Pozwalasz dostrzegać wszędzie piękno,

Ale nie zmuszasz,

Abym je chciał posiadać na własność.

Ofiarujesz radość,

Obdarowujesz uśmiechem

Osuszając łzy smutku.

Zmieniasz Ja w My.

W każdej sekundzie

Jestem dzięki Tobie

Gotów nieść pomoc,

Dając z siebie nawet życie.

Z wdzięcznością

Przyjmuję Twoje dary,

Jakich mi nie szczędzisz.

Doceniam to wszystko,

Jak z szacunkiem wdzięczny jestem za to,

Że istnieję dzięki Tobie.

Twoja siła

Jest moją siłą.

Jestem, dopóki jesteś.

Widzę Ciebie we wszystkim

I zawsze.

Wielbię każdy dzień,

W którym budzę się

Pod Twoim dotykiem.

Wiem, że zegary i kalendarze

Odmierzają mój czas,

Ale one są złudzeniem,

Bo Ty

Jesteś Wiecznością i Nieskończonością,

Przyjaciółko moja

– Miłości…

Wiersz – „Niebo spadało na ziemię” (autorski)

Niebo spadało na ziemię

 

Niebo spadało na ziemię

Kroplami mokrego błękitu.

Patrzyłaś w dal nadaremnie…

Nie usłyszałaś: Chodź, przytul…

 

Wiatr zimny twarz ci owiewał,

Dłonie ściśnięte zgrabiały.

Ptak żaden już tu nie śpiewał,

A z nieba smutki kapały…

 

Sama go precz odrzuciłaś

– Nie umiał czytać twych myśli.

Mówił: To boli, zraniłaś…

Był jak złamany wykrzyknik.

 

A kiedy przyszło zmęczenie

Smutkiem i ciszą wokoło,

Wołałaś go nadaremnie,

Wiatr chłodził rozgrzane czoło…

 

Wina kieliszek wypiłaś,

Na pożegnanie po nim.

Teraz już wiesz, że straciłaś

Wszystko i nikt cię nie broni.

 

Mówiłaś: nie ten, to inny!

Z pogardą machałaś ręką…

On był wszystkiemu winny,

Bo wszędzie wciąż widział piękno.

 

Osad na dnie duszy został,

Jak w tym kieliszku wina,

Pod powiekami zaś postać,

Którego słowem zabiłaś.

 

Niebo spadało na ziemię

Łzy rozmazując na twarzy,

I rozpuściło kamienie,

Lecz nie zwróciło marzeń…

Wiersz – „Marzenia i Szarość” (autorski)

Marzenia i Szarość

 

Pomiędzy ciemnością i światłem,

Między nocą i dniem,

Jak pomiędzy Tam i Tutaj

Jest miejsce nie-miejsce,

Szare, bez znaków i symboli,

Do którego trafiły moje marzenia.

Nie potrafiły stamtąd wyjść.

Były głodne nadziei, zmęczone czekaniem.

Smutne i osłabione zatrzymały się

W bezgranicznej i bezczasowej Szarości.

Szukałem siły dla nich, pokarmu, radości.

Zbiły się w krąg i trzymając za ręce

Drżały ze strachu i beznadziei.

Mówiłem do nich,

Dotykałem ich.

Na próżno.

Powoli zaczęły osuwać się na kolana…

Krąg zaczął się przerywać…

I wtedy

Wypowiedziałem Twoje Imię.

Promień światła rozproszył Szarość.

Świetlista dal wskazała cel.

Ruszyły przed siebie…

 

Wierszem jesteś dla mnie

Nienapisanym do końca,

Słowem jesteś otwierającym

Do skarbców bramy.

Niezwykłym zdarzeniem,

Jak kometa na nocnym niebie.

Realnością, szczęściem, wspomnieniem…

Ale wciąż mam o jedno istnienie za mało,

Aby poznać, aby zrozumieć Ciebie całą…

Proszę, nie opuszczaj marzeń.

Nakarm je pożywną Nadzieją,

Daj im się napić

Ze źródła Wieczności,

Aby Ona i Ty, Miłości,

Nigdy mnie nie opuściłyście…

Wiersz – „Rzeźbiarka” (autorski)

Rzeźbiarka

 

Ja nic nie zrobiłam,

Naprawdę!

To była tylko sztuka,

Artystyczny wyraz moich zdolności,

Którymi zresztą sam mnie obdarowałeś!

Chciałam tylko

Wyrzeźbić motyla,

Ale nie takiego zwykłego.

Mój miał być jak zawsze niezwyczajny

I jak każdy inny od pozostałych,

A jednak podobny do nich.

Jego kolory,

Jego lot,

Delikatność i zwiewność

Miały zachwycać i wzruszać.

Miał ludziom otwierać oczy szeroko,

Przyspieszać bicie ich serc,

Zmuszać do radości.

On miał rozświetlać mrok

I dawać radość.

Z tym motylem

Miałam podróżować przez wszechświat

I organizować swoje wernisaże.

Wiem…

To wyszło inaczej, niż chciałam,

A może raczej wyszło jak zawsze…

Po prostu moje dłuto z westchnień i drżenia

Zbyt mocno nasyciłam sobą…

Nie potrafiłam inaczej, zrozum!

Przyjrzałam się wcześniej materiałowi,

Z jakim przyszło mi pracować…

Ta dusza była tak bardzo,

Bardzo spragniona lotu,

Że nie mogłam się oprzeć jej marzeniom…

Zagłębiłam się w nią

Przez oczy, usta, dotyk, smak, słuch…

Dotarłam do środka jej snów

I zaczęłam rzeźbić…

Odpryskiwały wokoło niepotrzebne

Resztki strachu, beznadziei, zwątpień.

Pełno ich było na posadzce.

Swoimi narzędziami

To tu, to tam przycinałam wybujałe pragnienia,

Odłupywałam raniące słowa,

Wygładzałam marzenia…

Nareszcie ujrzałam,

Jak piękne skrzydła rozwinęła…

Jeszcze tylko kilka ruchów dłuta

I oto przed sobą miałam motyla,

Jakiego chciałam wyrzeźbić…

Zachwycił mnie ten piękny obraz.

A on tylko rozwinął tęczowe przestrzenie

I po prostu odleciał!

Nie, nie był niewdzięcznikiem!

Motyle rzeźbione przeze mnie tak mają…

Poleciał znaleźć sobie podobnego motyla.

W końcu to przecież wiosna!

Przepraszam, że nie zatrzymałam go dla siebie.

Wiem, Ty lubisz oglądać moje dzieła,

Po to mnie przecież stworzyłeś

Abym była sobą ciesząc i wyrażając Ciebie!

Wiesz, że one wrócą, wszystkie wrócą do mnie,

Po nektar,

Który zostawiłam im na parapecie

Okna do Nieba.

Nasycone nim znowu odlecą

I tak przez wieczność…

Napracowałam się dla Ciebie,

Ale nie żałuję.

Lubię to, co robię,

Bo kocham Cię Ojcze!

Ja, Twoja córka

-Miłość.

Wiersz – „Śpij kochanie” (autorski)

Śpij kochanie…

 

Śpij kochanie,

Jestem obok cichym tykaniem

Zasypiającego zegara,

Patrzę na Ciebie coraz słabszym światłem lampy,

Dotykam Cię muśnięciem firanki

Poruszonej wiatrem z otwartych okien.

Śpij kochanie,

Dziś nic i nikt

Nie przerwie Ci snu.
Poprosiłem o to…

Będziesz śnić dobre sny,

Które prowadzą na naszą łąkę w górach…

Tam się spotkamy i zawirujemy z radości.

Tam odnajdziemy słowa czułe i delikatne.

Będziemy razem spleceni najpierw dłońmi,

Potem ramionami,

Później całymi sobą,

Aż nasze usta zapragną oddechu

Śpij kochanie…

Nie odwracaj się na bok,

Aby zobaczyć moją twarz.

Nie wyciągaj dłoni w ciemności.

Nie rób tego, jeśli nie śnisz…

To sen spełnia nasze marzenia.

Tylko on…

Nie rzeczywistość.

Ja też zasypiam powoli…

Zapadam w ciemność,

Która prowadzi mnie ku Twojej jasności.

Czuję ciepło, Twój żar myśli i dotyk Twój…

Jestem tutaj taki realny, prawdziwy,

Zanurzony w Miłości!

Śnij kochanie…

Proszę…

Bo kiedy obudzimy się tu i teraz,

Zegary znowu ruszą przed siebie…

Czas nie da nam czasu na spojrzenie sobie w oczy,

Przestrzeń zatrzyma nasze usta na dystans…

Tylko sen umożliwi nasze spotkanie…

Cienie nocnych chmur kładą się już na oknach.

Słońce oddala od nas.

Zaśnij…

Wciąż tak bardzo pragnę

Twojej Miłości

W naszym śnie…

Śpij kochanie moje jedyne…

Noc jest blisko…