Wiersz – „Waluta” (autorski)

Waluta

 

Pieniądz

Jest wszystkim,

Czego pragną ludzie,

Czego pożądają bogaci i biedni.

Za pieniądze

Możesz mieć to,

Co daje rozkosz,

Zaspokaja żądze,

Gasi pragnienie,

Oddala głód.

Pieniądz

To Bóg wielkich tego świata.

Do niego modlą się

Dniami i nocami.

Nadają mu wartość,

Której im brak,

Liczą nim

Wartość innych.

Monety…

Banknoty…

Bitcoiny…

Złoto…

Diamenty…

Platyna…

Więcej!

Więcej i szybciej!

Daj! Oddaj mi! One są moje!

Wszystkie moje!

…Pieniądze…

Kup za nie na pustyni wodę,

Kiedy piach i samotność

Odbiorą ci zmysły…

Kup za nie kawałek lądu

Na oceanie pośrodku burzy…

Kup za nie minutę życia więcej,

Gdy lekarz ogłosi twoją śmierć…

Przeklęte pieniądze…

Masz je, a więc jesteś bogaty, czy biedny?

Weź zabierz je ze sobą

Za Bramę Śmierci…

Prawda, że potrafisz?

Nie słyszysz tego,

Ale po Tamtej Stronie

Śmieją się z ciebie…

Głupcy wierzą,

Że są bogaci,

Kiedy patrzą na stan swoich kont

Z wieloma zerami…

Nie wiedzą, że za wszystko

Płacą czasem życia,

Które nie wróci do nich

Z procentem zysku.

Najbiedniejszy z biednych

Jest najbogatszym z bogatych,

Kiedy ma czas

Spojrzeć w niebo,

Oddychać,

Wzruszyć się,

Śmiać i płakać szczerze.

Jest krezusem

Jeśli czas swojego życia

Dzieli pomiędzy innych…

Czas bowiem

Jest jedyną walutą tego świata,

Która jest warta posiadania,

Chociaż nic za nią nie kupisz,

I nigdy tak naprawdę nie wiesz,

Ile ci jej zostało na koncie duszy…

Reklamy

Wiersz – „Recepta na zdrowie” (autorski)

Recepta na zdrowie.

 

Weź dziś kroplę czasu, rozetrzyj na dłoni,

A potem tą dłonią dotknij swojej skroni.

Powrócą marzenia, wspomnienia powrócą,

I czas się zatrzyma, złe myśli porzucą.

 

Weź kroplę radości, wpuść kroplę do oka,

Rozejrzyj wokoło, spójrz z dołu, z wysoka,

Zobaczysz świat cały znów w barwach radości,

Czerń zniknie z kolorów, a z serca cień złości.

 

Weź kroplę Miłości i napój Nią serce,

Zobaczysz, że trzeba jej Tobie wciąż więcej,

Bo cóż ma zaleczyć Twe smutki i rany,

Jeżeli nie Ona, nie człowiek kochany?

 

Weź kroplę błękitu i zmieszaj z zielenią,

Skrop światłem słonecznym, aż w Piękno się zmienią,

Oddychaj głęboko porannym powietrzem…

To Ciebie uzdrowi, nie trzeba nic więcej…

Wiersz – „Ja czy Ty?” (autorski)

Dzisiaj z okazji tego, że lato się rozhulało (za oknem termometr wskazuje 41 stopni w cieniu,  a mamy godzinę 11.45…), wierszyk krótki, łatwy i chyba przyjemny w odbiorze, a można go zacytować swojej ukochanej osobie (jeśli się ją ma, a jeśli nie – lato to okazja, aby drogi dwojga spragnionych Miłości serc się zeszły…). Pozdrawiam Was i jak zwykle uciekam natychmiast do swoich zajęć.

Irek

Ja czy Ty?

Czy ja wybrałem Ciebie, czy Ty wybrałaś mnie?

Do dziś nic o tym nie wiem,

I czy to wiedzieć chcę?

Spotkałem wtedy Ciebie, czy Ty spotkałaś mnie?

Pewnie to wiedzą w Niebie,

Bo stamtąd wzięłaś się.

Czy pokochałem Ciebie, czy może pierwsza – mnie?

Wzajemnie mamy siebie,

Reszta nieważna jest.

Czy ja całuję Ciebie, czy Ty całujesz mnie?

Gorących ust zarzewie

Rozpala nas po śnie…

I nic nie jest istotne,

Nic nie tak ważne jest,

Jak to, że mnie i Tobie

Miłość nadała sens.

 

 

Opowiadanie – „Nieskończoność” (autorskie)

Opowiadanie: Nieskończoność

Zwykły, chociaż świąteczny dzień.

Spaceruję po parkowych alejkach.

Pies idzie czasem grzecznie obok, częściej odbija gdzieś w bok, szukając ciekawszych wrażeń. Jest ciepło, słonecznie, przyjemnie. Zbliżam się do zakrętu
w jednej z alejek, kiedy spoza niego wyłania się ciekawy obraz, który zmusił mnie do niemal głośnego śmiechu. Otóż widok jest co najmniej zabawny: dwóch młodych mężczyzn rozsiadło się wygodnie na ławce, rozciągnęło na boki ramiona, twarze wystawiło do słońca i siedziało w bezruchu opalając się spokojnie. To, co mnie rozśmieszyło, to ich wygląd. Niby zwyczajny, bo obydwaj byli ubrani w t-shirty
(z identycznym napisem: „nie jesteśmy aniołami” ), szorty i sandały na bosych stopach. Jednak obydwaj różnili się od siebie znacznie. Jeden z mężczyzn (nazwijmy go Alfa) był potężnym, niesamowicie muskularnym, łysym człowiekiem białej rasy. Był bardzo wysoki, jego nogi sięgały znacznie dalej od ławki, niż nogi jego kolegi. Był czysty, starannie ogolony, a z daleko już dochodziła do mnie woń dobrej wody kolońskiej, jakiej używał. Obok niego na ławce leżał plecak, niemal tak mały, jak torebki zabierane prze panie na uroczyste przyjęcia. Co trzymał w tym mikro plecaku – nigdy bym pewnie nie zgadł. Przypominał mi typowego boiskowego „kibola”, jednak uśmiech na jego twarzy był jakiś nietypowy dla takich ludzi, jakby miękki, uprzejmy, łagodny. Jego kolega (temu dla odmiany przypiszmy określenie: Beta) był również młodym mężczyzną białej rasy, ale mikrego wzrostu, niespotykanie chudy, jakby wycieńczony, czemu przeczyła jednak żywotność ruchów, które czasem wykonywał, starając się optymalnie opalić ciało. Miał małą głowę, krótkie i oczywiście chude ręce i nogi, zapadniętą klatkę piersiową i bujną czuprynę czarnych włosów, a na twarzy wielkie okulary dla ludzi z wadami wzroku. Początkowo myślałem, że chce opalać twarz w okularach przeciwsłonecznych, ale mijając obydwu, spostrzegłem, że moje pierwotne obserwacje były błędne – mniejszy musiał mieć sporą krótkowzroczność. Dla kontrastu Beta miał obok siebie plecak wielki jak plecaki komandosów, chyba nawet mierzący ¾ jego wzrostu. Plecak był pękaty i być może mieścił w sobie połowę wyposażenia domu. Ta myśl rozśmieszyła mnie tak, że mijając obydwu na ustach miałem szeroki uśmiech. Mężczyźni otwarli na moment oczy i odwzajemnili uśmiech, zapadając szybko
w swój trans opalania. Zrobiło mi się głupio, bo przecież ja śmiałem się z nich,
a nie uśmiechałem do nich. Kiedy odszedłem kilka kroków, usłyszałem głos mówiący:

– Nieskończoność to coś więcej, niż ci się wydaje.

Nie wiem, który z nich to powiedział, ale usłyszane zdanie mnie zaintrygowało.

Minąłem jedną pustą ławkę i usiadłem na następnej, a pies – tym razem grzecznie – ułożył się pod nią. Znałem ten park dobrze i wiedziałem, że w niektórych miejscach ma takie właściwości akustyczne, że można usłyszeć półgłosy z kilkudziesięciu metrów, jeśli się wie, gdzie usiąść lub stanąć. Ja wiedziałem, i dlatego chcąc usłyszeć dalszy ciąg tej rozmowy, usiadłem właśnie w bardzo dobrym do tego celu miejscu. Skądś było we mnie przekonanie, że będzie dalszy ciąg interesującego mnie tematu.

Niedługo czekałem. Jak zauważyłem odezwał się Alfa:

– Bo widzisz, nieskończoność to kwestia skali.

Pomyślałem, że obydwaj są studentami wydziału fizyki i przyszli tutaj aby odpoczywając, podyskutować na ulubione tematy. Zabawne było też, że to Alfa jawił mi się mentorem i nauczycielem Bety, choć to Beta przypominał z wyglądu klasycznego „mózgowca” czy kujona.

Odpowiedział Beta:

-Skala czyli mierzenie. W nieskończoności możesz sobie darować mierzenie. Nie ma punktu odniesienia.

Mężczyźni dyskutowali nie otwierając oczu, nie gestykulowali, ich wypowiedzi były pozbawione emocji, jakby przerzucali się przemyśleniami od niechcenia, aby zabić czymś czas, potrzebny do uzyskania pięknej opalenizny nóg i twarzy.

Alfa kontynuował.

– Wyobraź sobie, że jesteś małym robaczkiem, który usiadł na linijce o długości
1 metra. Siedzisz dokładnie na cyfrze oznaczającej połowę długości tej linijki. Załapałeś?

Beta odezwał się natychmiast:

– Załapałem, dawaj dalej.

Masz obserwatora, który widzi ciebie na tej linijce i to, co jest przed tobą i za tobą, czyli jednostki miary od 50 cm w górę i w dół. Twój wzrok i możliwości twojego oddziaływania na otoczenie nie sięgają dalej niż poza 1 centymetr poniżej i powyżej tych 50 cm.

-No wyobraziłem to sobie. A co z poruszaniem się po linijce?

– Nie poruszasz się wcale. Tkwisz w jednym miejscu.

– Dobra, dalej.

– No i twoja ciekawość stara się ciebie przesunąć po tej skali w dół, czyli do punktu 0. Nie możesz się przesunąć, ale odkrywasz narzędzia, które przybliżają ci coraz dalsze od 50 cm punkty na linijce. W końcu udaje ci się dotrzeć do punktu 0
i odkrywasz, że jakiś pieprzony złośnik i kawalarz pokazuje ci, że linijka się w tym miejscu nie kończy. To obserwator twoich wysiłków poznawczych. Rezygnujesz więc i diametralnie zmieniasz swój zamiar, teraz z kolei chcąc dotrzeć do punktu powyżej 50 cm. I udaje się to, ale sytuacja się powtarza i znowu masz do czynienia
z przedłużeniem linijki. W obu kierunkach nie wiesz, jak daleko sięga skala na linijce.

– Fajne porównanie, tylko czemu ma służyć?

– Już mówię. To porównanie pokazuje, że obserwacja coraz mniejszych obiektów, jak i coraz większych, niczego nie daje, bo nie docierasz do granicy pomiaru, tylko odkrywasz, że możesz w swoich obserwacjach pójść jeszcze dalej. O ile obserwacja w makroskali nie zmienia obiektu, który obserwujesz, o tyle mikroskala ma to do siebie, że wpychając tam swój naukowy nochal, zmieniasz obiekty, które obserwujesz. Po prostu jeśli patrzysz na elektrony, to twoje patrzenie, czyli twoje pozyskiwanie obserwacji o nich, zmienia ich zachowanie i otrzymujesz obraz nie tyle nieprawdziwy, co nierzeczywisty. Elektrony bez twojej obserwacji zachowają się inaczej, czyli będą się zachowywać jak naprawdę to robią, niż w momencie, kiedy ty swoimi narzędziami odbierzesz lub dostarczysz im energii. Oczywiście,
że nie chcesz tego, ale jest to efekt twojej obserwacji, którego nie potrafisz usunąć.

– Dobra, ale co to ma do nieskończoności?

– Ma, i to dużo. Wyobraź sobie teraz, że patrzysz na Ziemię jako planetę z pewnej perspektywy, czyli z kosmosu.

– No już sobie wyobraziłem. I co dalej?

– Ziemia jest – oczywiście w przybliżeniu – kulą. I widzisz, że w pewnej oddali też masz do czynienia z kulami innych planet. Cały ten obraz jest podobny do układu elektron – jądro atomu w mikroskali. Ponieważ żyjesz na jednym z elektronów,
ty jako ty nie będziesz widział innych planet – tych „elektronów” w naszym modelu, dopóki nie oddalisz się od swojego „elektronu”. Twoja obserwacja nie zaburzy niczego na innej planecie, bo skala wobec niej jest jeszcze mało zróżnicowana.
Ten obraz mógłby zaburzyć ktoś, kto chciałby popatrzeć na te planety – „elektrony”, ale sam jest – w skali porównawczej – wiele miliardów większy od naszych planet. Ten obserwator może nawet zniszczyć nasz układ słoneczny swoją obserwacją.

– Mówisz o Bogu?

– Nie, nie mieszaj do tego Boga. Ludzie nauczyli się, że jak już mówią o Bogu czy do Niego, to On akurat musi być wielgachny że ojej! I wtedy to jest Bóg, i wówczas można się do niego modlić, bo ma siły i może zniszczyć niepokornych. Taka odwrócona megalomania, która czasem każe ludziom mówić, że ich Bóg jest największy im są mniejsi.

– Rozumiem, ale wróć do tego, co mi mówiłeś wcześniej.

– Już kontynuuję. I teraz pomyśl sobie, że elektron, atom, ty, planety, to wszystko materia. I to ta materia jest tak coraz bardziej skomplikowana, że od poziomu atomu jest zdolna łączyć się w cząsteczki, te z kolei w większe ich układy i tak aż do struktury kamienia, a potem to dalej do skały, góry, planety. Ciągle to jest jednak materia, którą znasz, z której sam jesteś złożony. Spróbuj jednak oddalić się jak najdalej od naszego układu słonecznego. Co widzisz?

– Widzę, że jest to tylko kropka w kosmosie.

– A obok masz takich kropek miliardy. To wszystko są układy słoneczne. I na nich może istnieć życie. Ale czy oddalając się od tych kropek nie masz wrażenia,
że wszystkie one ciągle przypominają ci schemat elektron – jądro atomu?

– No mam, bo one wirują przecież wokół jakiegoś środka, chociażby umownego,
w kosmosie. I nawet jeśli nie wirują tak, jak elektron wokół jądra atomu, to jednak są w ciągłym ruchu.

– A ruch poznajesz tylko dlatego, że masz punkt odniesienia.

– To prawda. Gdyby dwa układy planetarne płynęły w kosmosie z tą samą prędkością i w tym samym kierunku, to myślałbym, że stoją w miejscu wobec siebie.

– Bo wobec siebie stoją, tylko poruszają się względem innych obiektów
w przestrzeni, tak jak te obiekty poruszają się względem nich. W ruchu istnieje względność – coś względem czegoś.

– To proste porównania, ale co naprawdę chcesz mi powiedzieć?

– Cierpliwości! Już idę dalej. Otóż oddalając się od naszego słońca, podróżując w dal wszechświata, wyobraź sobie, że powiększasz swoje rozmiary.

– Nie za dużo tych wyobrażeń?

– Bez tego nic ci nie jestem w stanie powiedzieć, a co chciałbym przekazać. I teraz widzisz, jak całe światy stają się coraz mniejsze i mniejsze aż znikają z twojego pola widzenia. Oddalając się coraz bardziej zaczynasz spostrzegać, że widzisz coraz lepiej w drugą stronę, tę coraz większą, czyli zaczynasz widzieć obiekty w skali wszechświata, czyli uniwersa wszechświatów, z których każdy zawiera ich niepoliczalne ilości. I one też są w ruchu. Oddalasz się ciągle i oto znikają z pola twojej obserwacji wszystkie uniwersa i zaczynasz widzieć…

– Boga?

– Co ty z tym Bogiem?! Ciągle Go tam nie umieszczam, więc poczekaj chwilkę. Kontynuując zatem: zaczynasz widzieć całe układy uniwersów, ale ciągle powiększasz się i powiększasz. I tak cały czas. Przestajesz już pamiętać, że byłeś kiedyś na Ziemi fizykiem, który obserwował cząstki nazwane elementarnymi
i nawet potrafił coś nie coś powiedzieć o ich zachowaniu. Stajesz wobec skali obserwatora coraz większych struktur. Ale skądś nabierasz pewności, że będziesz miał do czynienia z jeszcze większymi strukturami niż te, które dostrzegasz w danej chwili.

– I to wszystko jest ciągle materia?

– Tak, bo energia i informacja są zamienne i tożsame, ale to one tworzą wszystko, zatem każda materia jest z energii i zawiera w sobie informację o sobie i swojej strukturze, a energia tworzy wszystko.

– To zarówno podróż w głąb materii jak i poza sferę wszechświatów i uniwersów nigdy się nie skończy? I mogą istnieć światy w głębi materii jak i w coraz większej skali?

– Tak. I to jest nieskończoność.

– A Bóg?

– I tutaj dotknąłeś delikatnej struny. Otóż sądzę, że Bóg to jest energia, która tworzy wszystko. I tylko On w ten sposób panuje nad wszystkim. Panuje jako byt energetyczny. I dlatego wszystko jest w Nim i z Niego.

– To można się z Nim porozumieć? Jak?

– Sądzę, że można, ale nie klepiąc modlitwy do obrazu człowieka z brodą, czy bez niej. Twoje kolano nie przemówi do ciebie. Ty nie porozmawiasz z twoją komórką mózgu. Kwestia skali, nie budulca. Budulec mamy ten sam, ale komplikacja jest na coraz wyższym poziomie.

– Czyli komplikacja struktur zachodzi w stronę powiększania się materii, z której się coś składa?

– Nie, nawet w głąb materii zobaczysz nie coraz większą prostotę, a coraz większe skomplikowanie. Oczywiście, jeśli twoje narzędzie obserwacji jest do tego zdolne.

– No to można dogadać się a Bogiem, czy nie?

– Dogadać, a o czym?

– No… Na przykład, żeby wyzdrowieć, żeby być bogatym i tak dalej.

– Na takiej skali zmian nie potrzebujesz rozmawiać z Szefem. Masz dostatecznie dużo bytów o potężnej skali rozwoju, żeby im powierzyć swoje prośby. Wszystko się rozwija, także świadomość.

– Rozwój to znaczy co?

– Przyrost informacji i uzyskiwanie możliwości oddziaływania na większą skalę.
To tak jakbyś mógł na tej twojej linijce z pierwszego porównania w naszej dyskusji, przemieścić się w stronę 60 cm i w stronę 40 cm i zobaczyć jeszcze dalej. Są istoty, które potrafią przemieścić się jeszcze dalej, są w stanie niszczyć i tworzyć wszechświaty, ale to ciągle nie jest Bóg, czyli Ten Jedyny Byt.

– No to jak jest – mogę dać znać Bogu, że jestem. Czy nie?

– Możesz. Otóż informacja jak i energia są zamienne. Aby energia mogła coś tworzyć w pętli, musi mieć informację, jak to robić. I taką informacje ma od zawsze w sobie.

Zacząłem się gubić w tych słowach, ale widocznie Beta wiedział, o czym mówi Alfa, bo powiedział:

– Skąd?

– Bo wszystko jest oparte na najprostszym schemacie – na Miłości.

– Na czym?!

– Na Miłości, czyli algorytmie przyrostu informacji zawierającym imperatyw: twórz i komplikuj, nie niszcz. Odnosi się to do budulca, z którego jesteśmy wszyscy
i wszystko. Miłość ludzka to tylko słaby odprysk tego, co zawarł On w dziele, którego jest twórcą i tworzonym zarazem.

– Skąd to wiesz?

– No ty akurat mnie nie pytaj o to!

– Spokojnie, już nie pytam. A tak w ogóle to chyba już czas na nas, no nie?

– Dobrze, idziemy.

Obydwaj mężczyźni podnieśli się z ławki i zarzuciwszy plecaki na plecy, przeszli obok mnie , znowu posyłając swoje uśmiechy. Odwzajemniłem im je i zobaczyłem, jak znikają za zakrętem. Pies poderwał się do marszu, więc wstałem i ruszyłem tam, gdzie zniknęli dwaj mężczyźni.

Chociaż droga za zakrętem była prosta w obu kierunkach, nie zobaczyłem żadnego
z nich. Jakby rozpłynęli się w powietrzu. Tylko zapach wody kolońskiej intensywnie uderzył mój nos.

Pies usiadł na drodze i położył uszy po sobie, jakby coś go wystraszyło. Powietrze przed nami falowało, a może to moje oczy spłatały mi kawał? Nie wiem.

Nagle dotarło do mnie, że wokół panuje niezwykła cisza, która aż niemile oddziałuje na mnie. Pies spojrzał na mnie i nagle ruszył przed siebie. Znowu usłyszałem ptaki i szum wiatru.

Wróciłem do domu i do dziś nie wiem, o co tak naprawdę chodziło tym dwóm facetom?

Nieskończoność to nieskończoność, więc na co cała ta filozofia?

Wiersz – „Błysk pamięci” (autorski)

Błysk pamięci

 

…Motyle powiek zatrzepotały skrzydłami rzęs,

Dwie gwiazdy oczu posłały do mnie

Gorące promienie

Budząc marzenie…

Ciepło uśmiechu

Obezwładniło moje ręce

I przykuło łańcuchem uwagi

Do piękna.

Wtedy

Zapach perfum

Otoczył mnie mgłą

Którą zaczęły zachodzić

Także moje oczy.

Powoli przestawałem widzieć cokolwiek,

Poza Tobą…

A Ty

Objęłaś moją twarz

Dłońmi bardzo czułymi

Całując raz po raz

Ustami kochanymi.

Gładziłaś włosy me,

Ja Twymi się bawiłem,

I przytuliłaś się,

Kiedy Ciebie pieściłem.

A potem było tak,

Jak zawsze bywa w niebie,

I znów wirował świat..

I całowałem Ciebie…

Kiedy

Zegar na wieży

Przypomniał o swoim istnieniu,

Wtedy otworzyłem oczy,

A wokół padał deszcz,

Jakby ktoś podlewał z góry

Wszystkie ogrody na ziemi…

Samotnie stałem

Pośrodku pustego miasta,

Wdychając zapach letniego poranka…

Wiem,

To znowu przeżyłem

Ten błysk pamięci…

Ona robi ze mną,

Co chce…

Poszedłem dalej,

Mając nadzieję,

Że nikt nie widział w tym deszczu,

Jak płakałem

Z tęsknoty

Na bezludnej ulicy

Nieczułego na Miłość

Wielkiego miasta…

Wiersz – „Cierpiący duch” (autorski)

Cierpiący duch

 

Opowiedział mi duch tę historię,

Która wieki się temu zdarzyła.

Odtąd bycie w niebycie spokojne

Jakaś siła mu nagle zburzyła…

 

Podróżując bez celu i czasu,

Obserwując jak wszystko się zmienia,

Nagle razu pewnego wpadł w nastrój,

Który stale spojrzenie zacieniał…

 

Za czymś tęsknić znów zaczął uparcie,

Co już kiedyś się jemu zdarzyło,

A co było na istnienia starcie,

I co zawsze nazywa się: Miłość.

 

Poprzez wieczność wędrując przed siebie,

Już zapomniał, co kiedyś gdzieś było,

Co sprawiło, że czuł się jak w Niebie,

Aż go coś do wędrówki zmusiło…

 

I szybując nad piękną planetą

Nad licznymi miastami latając,

Przypatrywał się czasem kobietom,

W locie szybko je ciągle mijając…

 

Kiedy czasem spoglądał ku ziemi,

Widział ludzi i słyszał ich myśli,

Czuł, że nic ich już nigdy nie zmieni,

Bo wchłonęli skądś dym nienawiści…

 

Jednak kiedyś zobaczył przed sobą

Zwykłe oczy, patrzące z Miłością,

Wokół głowy jej złocisty obłok,

Usta piękne, zdobione radością.

 

Sięgnął w myśli, lecz tyle uczucia

Nie był w stanie pomieścić u siebie,

Przed jej żarem on zamknąć się musiał,

Bo to stało się bólu zarzewiem…

 

I zakochał się w tamtej dziewczynie,

Towarzyszył jej zawsze i wszędzie,

Ale duchem był, a to nie minie,

I jak było, to już tak z nim będzie…

 

Nie potrafił całować, przytulić,

Ona o tym i tak nie wiedziała.

Mógł gdzieś tylko wciąż z żalu się skulić,

By go Miłość tak już nie bolała…

 

Ona sama, on sam z tamtej strony…

Czasem ona coś dziwnego czuła,

Że ktoś tęskni, ktoś bardzo skrzywdzony

Tym, że Wieczność mu tyle zepsuła…

 

Aż przypomniał on sobie dziewczynę,

Kiedy żył i jak wtedy postąpił,

I zrozumiał w przebłysku swą winę,

I od pięknej kobiety odstąpił…

 

Nie docenił Miłości za życia,

Wtedy taką mu była zawadą,

Wziął i rozbił gdzieś jej serca kryształ,

I porzucił bezbronną i nagą…

 

Odtąd Piekło sam sobie zgotował,

Aż zrozumie jak bardzo się mylił.

I zrozumiał, więc odszedł bez słowa,

Uwolniony w tej jedynej chwili…

 

Może kiedyś znów ciało ubierze,

Może spotka tę samą dziewczynę…

Tak przeczuwam, i bardzo w to wierzę,

Że odkupił swe grzechy i winę…

Wiersz – „Bezcenne drobiazgi” (autorski)

Bezcenne drobiazgi

 

Okruchy słów,

Krople łez,

Odbłyski uśmiechu

W lustrach oczu…

Drobiazgi…

Migawka obrazu

Na którym widniały

Nasze dłonie splecione

W nierozerwalnym uścisku.

Niejasne wrażenie,

Jak muśnięcie skrzydła ćmy,

Że coś przemknęło

Przez życie i zniknęło

Bezpowrotnie.

Wspomnienia

Chwil skatalogowanych

W myślach, mowie i uczynkach…

Marzenia

Jeszcze nie spełnione

I te nigdy nie ziszczone.

Jak wiele jest

Drobiazgów w człowieku,

Nad którymi pochyla się

Z drżącymi ustami,

Kiedy próbuje ich nie zniszczyć

Czymś bez znaczenia.

Z pietyzmem wyciąga je powoli

Przed wewnętrzne spojrzenie

I wzruszony ogląda

Ich piękno.

A kiedy już nasyci się nimi,

Starannie opakowuje wszystko

W szeleszczącą folię pozorów

Nieczułości

I jak co dzień

Przesiewa przez palce czas…

Tak żniwiarz przesiewa zboże w dłoni.

Z ziaren – drobiazgów upadłych na serce

Zawsze wyrośnie coś dobrego,

Dlatego jest ważne,

Wszystko, co istnieje w duszy

Z Miłości.

Życie

Jest spojone z drobiazgów,

Jak stłuczona i naprawiona

Filiżanka z porcelany,

Do której mamy sentyment,

Bo tak wiele łączy jej istnienie

Z naszym losem.

I tylko to,

Co jest drobiazgiem w tobie,

Przeniesiesz

Przez odprawę celną

Lecąc ku Wieczności.