Wiersz – „Granica” (autorski)

To już 695 wpis na tym blogu… Nieskromnie sobie myślę, że jest co czytać. Parę lat pracy mi to zajęło, a tak naprawdę tych lat jest o wiele więcej, kiedy to w wieku 17 lat zapisałem swój pierwszy wiersz (zresztą jest tutaj na blogu). Dlaczego to piszę? Bo … są wakacje! Lato jakby nie było zachęca do wypraw poza… komputer. Więc ja jestem tutaj jakby ciut rzadziej, ale …jestem. Przy tylu postach sam siebie trochę usprawiedliwiam, że nie zostawiam Was z brakiem lektury na moim blogu. Kiedy zrobi się nieco zimniej, dni będą krótsze, Muzy wrócą z wakacji i …się zacznie! 🙂 Dlatego wszystkim, którzy lubią mój styl pisania i tematy, które tutaj poruszam, życzę spokoju, szczęścia i Miłości. Pewnie jeszcze tego lata tutaj zajrzę z moimi utworami, ale niczego nie obiecuję! Poeci tak mają, że wena przychodzi kiedy chce, a nie kiedy musi.

Granica

 

Jest granica wydzielona murem,

Gdzie staje się w milczeniu.

Spogląda na potężną szarą budowlę,

Sięgającą nieba,

Widzi drut kolczasty,

Czyta napisy o niebezpieczeństwie.

Tam strach obezwładnia ręce i nogi,

Lęk mrozi serce.

Tam umierają marzenia.

To miejsce, gdzie nadzieja

Odwraca się na pięcie

I odchodzi przy dźwięku

Chichotu Zła,

Zajętego czymś po jego drugiej stronie.

Są ludzie,

Którzy próbują obejść mur.

Całe życie idą wzdłuż niego,

A kresu ściany nie widać…

Padają pod ścianą i tylko kości

Są dowodem na to,

Że próbowali…

Istnieją ludzie,

Którzy uderzają w mur

Wszystkim, co mają pod ręką,

Ale nie zrobili na nim nawet

Jednego, najmniejszego zadrapania…

Niektórzy oszaleli,

Niektórzy zwątpili w sens wszystkiego…

Większość jednak

Zawraca stamtąd

I kryje się w swoich domach,

Gdzie snuje plany

Pokonania stojącej w ciszy i bezdusznej

Przeszkody w drodze do szczęścia.

Słyszą ciągle dogmat

O swojej małości.

O prochu,

Z którego są

I w który się obrócą…

Szepczą im, mówią,

Piszą lub krzyczą:

Nie da się przejść!

Nie można go zniszczyć!

Ta prawda

Głoszona jest od wieków,

Stała się chlebem powszednim

Umysłów ludzkich.

Jest uczona i zapamiętywana.

Jest czczona.

Jest na złoconych pomnikach wiedzy i wiary

Dających władzę nad duszami i ciałami.

Taka prawda przynosi ze sobą tak upragnioną

Beznadziejność,

Która usprawiedliwia

Każde lenistwo i bezmyślność…

Ta prawda usprawiedliwia

Każde okrucieństwo

I odrzucanie innych prawd.

Niebo jednak

Nie jest szare dla tych,

Którzy uwolnili swoje serca

Do wolności myślenia…

Historia podaje,

Że był ktoś,

Kto także trafił pod mur.

Mówili mu,

Że to kres jego marzeń.

Opowiadali historie tych,

Co nie przeszli tego miejsca.

Straszyli rzeczami niewyobrażalnymi.

A ten człowiek

Nie dał się przekonać.

Nie słuchał ich.

Nie wiedział tak naprawdę,

Że muru nie da się pokonać.

Głupi był – mówili…

Kiedyś

Usłyszeli jak powiedział,

Że ten mur nie istnieje,

Że każdy go sobie sam stawia

Na drodze życia.

To wasze ograniczenia

-Mówił im-

Nie moje.

I zobaczyli,

Jak podchodzi do muru

I znika…

Jedni twierdzili,

Że zginął,

Inni,

Że przeszedł poza mur.

Tylko starszym ludziom

Dała do myślenia

Cisza za murem…

Zło przestało się śmiać…

Czy to coś znaczyło?

Głupi był – mówili…

Nie dał rady – szeptali po kątach.

I jak każdego dnia

Kontynuowali spacer

Wokół muru

Swoich ograniczeń.

A marzenia stały z daleka

Otulone nadzieją

I czekały

Na cud zrozumienia prawdy

O człowieku.

Reklamy

Wiersz – „Wenus” (autorski)

Wenus

 

Przez zamknięte powieki

Patrzyłem na ciebie…

Zanurzona w niebieskiej wodzie,

Otoczona perłową poświatą,

Otulona zapachem dziesięciu świec,

Trwałaś jak posąg Piękna w bezruchu

Półleżąc w białej wannie…

Czekałaś na coś…

Uśmiechałaś się do swoich myśli.

Byłaś tak nierealna,

A jednak rzeczywista

W swojej doskonałości.

Delikatny ruch wody

Odtwarzał bicie twojego serca,

A mgła falowała

W rytmie oddechu.

Cichy szmer

Wypełniał przestrzeń.

W powietrzu wisiało coś nieokreślonego…

Moje zmysły drgały jak struny harfy.

Serce grało na nich

Hymn do Miłości.

Oddalony w przestrzeni

Nieobecny ciałem obok ciebie,

Wyciągnąłem dłoń tam,

Gdzie oczy dostrzegły gorący ślad

Pocałunku Pożądania…

Z wody wysunęła się twoja ręka

Aby pomóc mojej

Przezwyciężyć onieśmielenie pięknem.

Delikatnie

Masowałem białe ramiona,

Szyję i piersi…

Mieszałem światło świec

Ze swoim szybkim oddechem.

Rozdmuchiwałem pianę

I nienasycenie,

A one odsłaniały ciebie

Jak kolejne strony

Nieprzeczytanej księgi.

Zanurzyłem rękę w błękit wody…

Ciało poddało się pieszczocie.

Woda falowała coraz mocniej

I mocniej…

Przestrzeń zamknęła drzwi

Za sobą…

Wyblakły tarcze zegarów.

Gorąco wody

Zapach namiętności

Nierealność mnie i ciebie

Eksplodowały w nas

Zdumieniem, że można

Poprzez sen i przestrzeń

Spotkać się w połowie

Drogi do marzeń…

A potem ujrzałem ciebie

W moim śnie na jawie

Jak z piany niczym Wenus

Wynurzasz się naga,

Spryskana wodą

I pełna blasku,

Aby królować odtąd

W moich myślach,

Słowie

I uczynkach…

Wiersz – „Cud nad Rzeką Czasu” (autorski)

Cud nad Rzeką Czasu

 

To był sen.

W nim byłaś ty.

Stałaś na moście

Nad Rzeką Czasu.

Za tobą było wczoraj.

Przed tobą było jutro.

Most trwał w dzisiaj.

Ty

Spoglądałaś na brzeg przed sobą.

Tam stałem ja.

Patrzyłaś zakochanym wzrokiem.

Moje serce chciało mnie opuścić

I polecieć do ciebie.

Tęsknota

Była jak duszne powietrze pustyni,

Którym nie sposób

Oddychać całym swoim życiem…

Dzieliło nas kilka twoich kroków.

Most był za mały dla nas dwojga.

Nie utrzymałby dwóch dusz.

Czekałem.

Ty często oglądałaś się za siebie.

Tam świeciło słońce,

Było tak znajomo

I bardzo dobrze pamiętane.

Po mojej stronie

Za plecami była mgła.

Bałaś się jej.

Zrobiłaś krok w tył…

Mgła zgęstniała…

Drugi krok w tył…

Słońce za tobą przygasło.

Zajrzałaś w jego blask

I zobaczyłaś złudzenie

Wczorajszych dni.

Tam już nie było nic

Poza wspomnieniami,

Które nie pozwalają żyć

Ani umrzeć.

Czekałem…

Nagle

Stało się coś dziwnego.

Pobiegłaś przez most

I rzuciłaś się w moje ramiona!

Słońce za tobą odzyskało światło.

Zostałaś ze mną

W naszym jutrzejszym dniu…

Cuda się zdarzają…

Dlatego mgła odsłoniła

Nowe słońce.

Ono tam było zawsze,

Tylko strach

Narkotyzował duszę

I nie pozwalał dojrzeć niczego w przyszłości…

… A czas pod mostem nadal płynął spokojnie,

Jak ciągle płynie

Teraz już w naszym śnie…

Wiersz – „Palce naszych dłoni” (autorski)

Palce naszych dłoni

Moje palce dotykają twego ciała.
Twoje palce przesuwają po mnie się.
Nie ma granic w mym dotyku ani cala,
One rozgrzewają ciebie, a ty – mnie.

Jak płomienie czujesz lekkie ich muskanie.
Tam gdzie były, zostawiły ciepły ślad.
Czujesz ogień i chcesz tego, co się stanie,
Choćby zaraz potem miał się skończyć świat…

Palce lekko, pożądliwie rozpinają
To co im przeszkadza dalej iść.
Usta się z ustami nagle spotykają,
Ale palce swoim życiem żyją dziś…

Jesteś mapą dla wędrówki pożądania,
Którą palce dłoni całą chcą dziś przejść.
Ciągle mało tobie mego dotykania,
Więc pozwalasz zwiedzić palcom tyle miejsc…

Palce nasze są splatane bezustannie,
Twoje dłonie tańczą na mnie taniec swój.
Palce nasze rozpoznają nas zachłannie,
Jakby z czasem wciąż nierówny tocząc bój.

Nasze palce wygrywają nam na ciałach
Krzyki, szepty i westchnienia w każdej z nut,
Ty skrzypcami jesteś i skrzypaczką naraz,
Grasz nam Miłość w uwerturze tej bez słów…

Nasze palce zaciśnięte w ciał ekstazie,
Która daje rozkosz i stopienie dusz.
Błyskawice uderzają raz po razie…
I jesteśmy w niebie wśród zapachu róż…

Potem zjawia się spokojne ukojenie,
Nasze palce rozplatamy w ciszy czas…
I znów łączy ciał rozgrzanych przytulenie,
Aby palcom dać odetchnąć w lekkich snach…

Wiersz – „Manifest dla przetrwania” (autorski)

Manifest dla przetrwania.

 

Są ludzie

Których sumieniem jest kalkulator,

Sercem zaś telefon.

Chcą sprawować rząd dusz.

Działają sprawnie i szybko,

Jeśli usłyszą dwa magiczne słowa:

Kupić – sprzedać…

Mają wokół siebie tylko to,

Co uznają za cenne.

Nie dzielą się z nikim niczym,

Ale chcą mieć wszystko i wszystkich

Na wyłączność…

Życie ludzkie nie ma dla nich żadnego znaczenia.

Jesteśmy dla nich warci tak długo

I tylko tyle,

Ile możemy spełniać ich zachcianki…

Pozostali wyrzucani są

Na śmietnik historii i życia,

Jako obierki ludzkości…

Stanowimy dla nich

Kompost pod nowe pomysły

Na ich dobrobyt i luksus…

Materii pragną,

Materię wielbią,

W materię wierzą…

Czekają w swoich

Brudnych norach własnego ja

Na znak, że oto nadszedł ich czas.

Wychodzą wtedy i rozłażą się

Po całym świecie jak robactwo.

Wcisną się wszędzie.

Zajmą każdy obszar.

Kiedy już to zrobią,

Wówczas zaczynają mnożyć

Nieszczęścia,

Cierpienia,

Ubóstwo,

Nienawiść,

Ból…

Są forpocztą Zła.

Przygotowują siebie i świat

Na przyjście Anty-mesjasza.

Nie czują Miłości,

Brzydzą się nią.

Potrafią za to dobrze udawać

Każde uczucie

Jeśli im się to opłaci.

Ich bogiem jest tutaj mamona.

Ich motto życiowe to zniszczenie.

Zależy im tylko na władzy,

Całej władzy dla każdego z nich osobno…

Tak czyni Zło.

Oni są ślepi,

Nie widzą, że to niemożliwe,

Czego pragną.

Są ślepi, ale nie są aż tak głupi,

Żeby nie wygrywać w walce o przetrwanie…

Spójrzcie w ekrany telewizorów,

Tam ich znajdziecie.

Macie ich czasem na wyciągnięcie dłoni…

Możecie ich dotknąć

I poczuć pod palcami

Chropowatość i chłód pancerzy

W jakich stale przebywają.

Możecie być przez nich dotykani

Zimny, oślizłym gadzim dotykiem…

Posłuchajcie hipnotycznego syku ich słów,

Popatrzcie na ich twarze

W grymasach sztucznych uśmiechów…

Poznacie ich po czynach

Które przeczą słowom…

Bawią się nami,

Pogardzają życiem i pięknem,

Tymi, którzy kochają,

Współczują,

Którzy pomagają innym.

Są jak chwasty na polu pszenicy.

Dlaczego

Niebo patrzy na dzieło zniszczenia

I milczy…?

Ziemia cierpi,

A z nią miliardy stworzeń.

Słychać tylko ich płacz…

Pomóżcie Życiu!

I dalej cisza…

Zostaliśmy sprzedani Złu,

Rzuceni na pożarcie Potworom Dusz

Za 30 srebrników złudzenia przewagi

Nad ich światem.

Obiecali nam, że będziemy mogli istnieć

W Raju jaki nam stworzą.

Fałszywymi świadectwami

Udowadniali, że chcą naszego dobra…

Ulegliśmy ich namowom,

Że tylko materia się liczy,

Że tylko ona jest wieczna…

Odsprzedaliśmy się im sami…

Armagedon trwa…

Wojna z nimi już się toczy…

Zaczynają nas zabijać.

Powoli, po cichu,

Przekonują nas z uśmiechami,

Abyśmy odeszli stąd na zawsze bez skargi,

Niemal nieświadomie dla nas,

W milczenie wiecznego snu.

Mieszają do tego Boga,

Wmawiając, że On tak chce, aby się działo…

Zamierzają pozostać tutaj jedynym życiem

I tylko sobie

Nadać prawo istnienia.

A my?

My porzucamy ciała

Obolałe i chore,

Za przyczyną wiary w to, że ich nauka,

Ich technika nam służą.

Sądzimy, że nasze dobro

To ich cel, do którego wspólnie dążymy…

Przerwane przez Zło nici losu

Wydostają nasze dusze

I wyrzucają nas w nieskończoność

Tak jak chcą jego sługusy.

Oddalamy się stąd,

Zapominamy.

Czy nikt już nie pamięta,

Po Tej i Tamtej Stronie Życia

Że ci władcy życia

Są słabsi od każdego,

Kto jednoczy się w Miłości z innymi?

Pora pokazać im drogę i siłę,

Która odeśle Legiony Piekieł

Do ich domu.

Potrzeba nam tylko jedności

Myśli, mowy i czynów.

Nie straciliśmy nic z mocy Miłości.

Jest nas niepoliczalna liczba dusz i ciał!

Tak niewiele potrzeba dla tak wielu…

Idziemy?

Wiersz – „Twoje imię” (autorski)

Twoje imię.

 

Wypowiem twoje imię

Z czułością i zachwytem.

Zrobię tak teraz

Nad bystrą wodą strumienia.

On poniesie je aż do oceanu.

Fale będą uderzać o brzegi

Wybrzmiewając twym imieniem.

Rzucę wiatrowi imię twoje

Aby radośnie krzyczał je wokół,

A on zawiruje w milionach odmian

I rozgłosi je całemu światu.

Pocałuję ziemię po której przeszłaś,

Bo ona stała się tam dla mnie świętą,

A ona zadrży wzruszona

Pod stopami ludzi

Przypominając o tym,

Że ma swoją wrażliwą duszę.

Kartkami z twoim imieniem

Nakarmię głodny ogień,

I będzie je szeptał

Nawet w płomieniach gorącej lawy.

Wyryję moimi łzami imię twoje

Na najtwardszym z kamieni,

Aby po kres tej planety

Trwało tam dumnie.

Wszystko to zrobię

Żebyś istniała zawsze dla mnie.

Woda jednak wyparuje…

Ziemia zniknie w otchłani supernowej.

Wiatr ucieknie w nieskończoność kosmosu.

Kamienie stopią się…

Jak zatem uwiecznić uczucie?

Znalazłem tylko jeden sposób:

Nazwałem naszą Miłość

Tak, jak nazywam ciebie.

To jednak za mało,

Aby pamiętano o nas.

Istnieje ponad nią wieczność…

Jej milczenie

Jest obojętnością na siłę nieskończoną

Naszych uniesień, wzruszeń i zachwytów,

Jest zapomnieniem dla uczuć.

Można tę strażniczkę przemijania,

Niszczącą całe wszechświaty,

Zmusić tylko Miłością

Aby bez słów,

Wbrew swojej beznamiętności

Głosiła sobą prawdę o tej, co nie przemija…

Trzeba jednak kochać ponad wszystko.

Zrobiłem to…

Dlatego teraz nawet wieczność

Ma twoje imię…

Wiersz – „W pogoni za swoim szczęściem” (autorski)

Witajcie!

Dzisiaj mija 3 lata od kiedy zacząłem przygodę pisarsko – poetycką w portalu wordpress.com. Kilkadziesiąt tysięcy wizyt, liczne komentarze, polubienia… Dziękuję Wam za to, co pozwala mi wierzyć, że warto jest pisać. Do tej pory napisałem 689 postów. Można się bawić statystyką, obliczać ile postów w jakim okresie czasu powstało itd… Tylko po co?

Moje motto jest proste: Dostrzegaj Miłość. Uwierz w Miłość. Pozwól Miłości na zmianę swojego życia.

Z pewnością znajdą się w moim pisaniu zwroty rażące uszy czy zwykłe błędy, dlatego proszę o wyrozumiałość – piszę jak potrafię najlepiej, a wszystko dyktuje mi moje serce, które po prostu czasem może upierać się przy swojej wersji słów i zwrotów, a ja mu ufam.

I jeszcze jedno: bardzo proszę o nie obrażanie się na mnie jeśli rzadko bywam na blogach tych Osób, które je piszą i lubią jednocześnie moje pisanie. Nie będę się tutaj zasłaniał brakiem czasu na lekturę, choć i to jest prawda. Chcę Wam powiedzieć, że w swoich lekturach Waszych blogów natrafiłem na tak wiele pięknych i niezwykłych rzeczy, że potem trudno mi było coś pisać od siebie, bo z mojej pamięci zawsze wypływało Wasze pisanie, Wasze słowa. Nie chciałem kopiować, nie chciałem nieudolnie Was naśladować. Wasze pisanie zawsze bardzo mnie poruszało i czasem nie mogłem powstrzymać się od komentarzy. Teraz odwiedzam Was może i rzadziej, ale za to dyskretniej. To pozwala mi na zachowanie swojej odrębności w pisaniu. Bez tego po prostu zanurzyłbym się w lekturach Waszych blogów i pochłonęły by mnie one bez reszty, a gdzie wtedy czas i miejsce na własne myśli i słowa? Szanuję Was i podziwiam to, co tworzycie. Pozdrawiam naprawdę serdecznie Was, Czytelników i Czytelniczki tego bloga, piszących swoje dzieła jak i tych, którzy tylko czytają twórczość innych. Wszyscy tworzycie wielką i niezapomnianą grupę Wrażliwców. Oby Wam to pozostało na zawsze!

A teraz mój dzisiejszy „wyrób poetycki”. Się podoba może?
W pogoni za swoim szczęściem

Pewnego dnia, gdy słońce wzeszło.

W drogę ruszyłem sam przed siebie.

I nic mnie wcale nie obeszło,

Że chmur tak dużo wciąż na niebie.

Szedłem powoli, bez pośpiechu

Mijałem ludzi i ich sprawy.

Czasem nie było mi do śmiechu,

Chwilami w bród dobrej zabawy.

Patrzyłem wokół i w zachwycie

Nie raz stanąłem gdzieś po drodze.

Widziałem zwykłe, ciężkie życie

I ludzkie łzy bolące srodze…

Lecz ta wędrówka nieustanna

Pewnego dnia w chwili przedświtu

Stała się ciężka, jak poranna

Godzina czerni do błękitu…

Nie było sensu i potrzeby

Dalej wędrować wciąż samotnie.

Za mną pamięci wlókł się niebyt,

Przede mną ciemność miałem w oknie…

Stanąłem przy nim i ujrzałem

Samotną ciebie w dnia zbudzeniu.

I w zachwyceniu ciszy stałem

Widząc twe piękno w światłocieniu…

A potem w dół szaleńczo biegłem,

Goniąc za oczu twych spojrzeniem

Lecz już na drodze nie dostrzegłem

Ciebie – co byłaś mym marzeniem…

Gdzie się ukryłaś przed ustami,

Co chcą całować twoje ciało?

Patrz, ty i ja – jesteśmy sami,

I może by się nam udało…

I tylko wiatr zaszeptał cicho

Gdy przywiał kartkę mi do dłoni,

A tam słowami była Miłość

I jeszcze to: jej nie zapomnij…

Zgnębiony myślą o mej stracie

Powlokłem w górę znów schodami,

I czy zgadniecie, wiarę dacie,

Ale ujrzałem ją przed drzwiami!

A potem w nagłym uniesieniu

Spletliśmy ciała jak najczulej,

Na rękach wniosłem ją w milczeniu,

I dobrze było – tak w ogóle…

I teraz wiem, kogo widziałem

Za szybą okna gdzieś o świcie.

To byłaś Ty, to Ciebie chciałem

Całować wciąż… Przez całe życie…